Krótka historia o tym jak zostaliśmy jaskiniowcami

No dobra, odrobinę Was nabrałem. Rzecz nie będzie się miała o tym jak nagle przestaliśmy używać sztućców, nie wynaleźliśmy też koła, ale myślę, że i tak warto rzucić okiem.

O wyprawach do jakiń miałem okazję czytać – ba ! nawet oglądałem filmiki zazdroszcząc niezwykłych widoków i przeżyć. Oglądałem i nawet nie zakładałem, że to mogę być ja, bo przecież to mnie nie dotyczy, przecież ja mam lęk przed niewielkimi przestrzeniami. Z tego błędu zostałem bardzo szybko wyprowadzony przez Anię z ekipy Na Krawędzi. Kiedy usłyszałem w telefonie propozycję wyskoczenia z Nimi do jakini Trzech Kopców w Szczyrku nie zastanawiałem się zbyt długo.

W ten oto sposób w słoneczną sobotę około godziny 14 wyruszliśmy ekipą ku nowej przygodzie. Dla większości nowej, ponieważ Ania i Krzysztof byli naszymi przewodnikami i znali tą jaskinię jak własne mieszkanko.

Kiedy po półgodzinnym marszu doszliśmy na miejsce naszym oczom ukazała się szczlina w ziemii wątpliwej wielkości. No przyznam szczerze – było to ostatnie miejsce gdzie chciałbym wchodzić. Ale ! Niech się dzieje wola nieba … Szybkie przeszkolenie z zasad, nakładamy kaski i wchodzimy 😉

Robi się ciemno, zimno i coraz ciaśniej. Jedna szczelina, druga … ale zaraz … tędy mamy iść ? A ! Mam wypuścić powietrze i wtedy przejdę … luzik 😉 Tak oto sobie przemierzaliśmy korytarze i zakręty. Na końcu spotkaliśmy nawet śpiącego nietoperza.

Nietoperz - ponoć stały bywalec
Nietoperz – ponoć stały bywalec

W ostatnim pomieszczeniu dowiedzieliśmy się, że czeka nas test. Musimy sami wrócić do wyjścia. Phi ! My nie damy rady ? 🙂 Instruktorzy zniknęli za zakrętem i mieliśmy czas na pokazanie czego nauczyli nas po drodze 😉 Spoko ! Ta część trasy poszła dobrze, trafiliśmy do „Sali Odkrywców”, czyli tam, gdzie mieliśmy trafić. Tam też spotkaliśmy Organizatorów. Pozostała druga część, ponoć trudniejsza.

Tu już nie było tak prosto i trochę się nagłówkowaliśmy. O dziwo – najtrudniej było 5 metrów od wyjścia. Nawet zgalsiliśmy latarki z przeświadczeniem, że przecież musi być już widać światło. W końcu nam się udało, ale światła nie widzieliśmy mimo, że wyjście było za zakrętem.

 

Zdecydowanie się przełamałem. Zrozumiałem, że jednak nie boję się tak bardzo jak myślałem. Najbardziej dumny jestem z mojej Żony, bo bardzo przeżywała wejście pod ziemię, a dała sobie radę znakomicie. Ale oprócz tego, że damy radę nauczyło nas to jeszcze jednego ! Nie zapuszczajcie się w takie miejsca nie mając odpowiedniego przygotowania i sprzętu. Jeżeli chcecie robić takie rzeczy, to tylko z ludźmi, którzy się na tym znają i wiedzą z czym to się jada. Uwierzcie mi, że latarka w telefonie nie wystarczy, a jej wyładowanie, albo uszkodzenie, kiedy już jesteście na dole może dla Was oznaczać w najlepszym wypadku kilka, lub kilkanaście godzin w ciemności … bez światła nie macie szans wrócić do wyjścia … Żadnych szans !

Za to jeżeli zrobicie to z głową i w odpowiednim towarzystwie, to macie szansę przerzyć niesamowitą przygodę. Tak jak my ! Rzućcie okiem na film 😉

 

Polecane posty

Zostaw komentarz