Ultra Anka, czyli perypetie biegowe dwóch wariatów

Kiedy znacie się jak łyse konie i rozumiecie się bez słów, czasem drobne wspomnienie o swoich marzeniach może spowodować szybszą realizację niż było w planie. Tak właśnie było tym razem.

Nieopodal nas, jakieś 60 km od mojego miejsca zamieszkania góruje wzniesienie nazywane Góra Świętej Anny. Dla niektórych to miejsce szczególne ze względu na Sanktuarium mieszczące się na szczycie, dla innych genialne na trening rowerowy, jeszcze inni znajdą tutaj smaczny niedzielny obiad i genialne lody. Jako, że byłem tu dobre kilka razy rowerem i samochodem chodziło mi po głowie coś nowego, na co brakowało trochę odwagi, odpowiedniego towarzystwa … ogólnie zawsze były jakieś ale …

Jak się domyślacie wspomniałem o tym Michałowi. W odpowiedzi usłyszałem pytanie, czy pasuje mi w następny weekend. Tak oto powstał plan – szalony, śmiały, być może nie do końca normalny i przemyślany. Słowo się rzekło, nie było odwrotu ! Ze względu na to, że chcemy zawsze pogodzić nasze bieganie z naszymi „Ładniejszymi Połówkami” postanowiliśmy, że pobiegniemy nocą, a One odbiorą nas rano.

W zimę zrobiłem pierwszą próbę na dystansie dłuższym i pokonałem 56 km na Zamieci w Szczyrku, jednak to było nieco inna formuła. Miałem lekkiego pietra. Dla kumulacji efektów specjalnych całą naszą trasę postanowiłem przebiec w sandałach biegowych – czyli kompletnie bez amortyzacji.

No cóż …

O 23:30 Michał stawił się u mnie w domu. Domknęliśmy plecaki i byliśmy gotowi do drogi. Jeżeli już mowa o naszym ekwipunku, to ten był dość bogaty. Jako, że lecieliśmy jednym ciągiem, bez wsparcia z zewnątrz musieliśmy mieć wszystko ze sobą. W ten oto sposób obok bukłaków z wodą, woreczków z suszonymi owocami, bluz na przebranie, zamiennych baterii znalazła miejsce również pełna apteczka, folie NRC, taśma życia, scyzoryki, sznurki – słowem wszystko, co może się przydać, albo wydawało nam się, że może nam w lesie uratować skórę.

Trasa prowadziła przez Gliwice, gdzie zaliczyliśmy m.in. dworzec kolejowy. W przypływie endorfin pozdrowiliśmy wszystkie kamery podziemnego monitoringu i grzecznie uśmiechaliśmy się do ludzi dziwnie nam się przyglądających w głównej sali. Potem udaliśmy się w stronę rynku powodując tam również niemałe zdziwienie imprezowiczów. Dalej odbiliśmy już w nieco spokojniejsze rejony, by wreszcie zanurzyć się w upragnionym lesie.

Pierwsze 30 km zleciało niemal natychmiast. Było dużo tematów do rozmów, pogoda dopisywała, humory również. Było genialnie. Praktycznie cały czas biegliśmy i połykaliśmy kolejne kilometry. Zaplanowana trasa prowadziła polami i lasami, więc widoków nam nie brakowało. W okolicach gminy Rudziniec widzieliśmy kilkanaście dzików z młodymi wielkości niezbyt dużego Yorka – przyznam, że mimo grozy sytuacji widok był przesłodki. Jakieś 12 km dalej przywitaliśmy w polach piękny wschód Słońca.

Widok piękny, do tego rosa osiadająca na trawach – wręcz ciężko to opisać. Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszej nagrody za przebiegnięte 42 km. Do tego wszystkiego niesamowity akompaniament ptaków … rozmarzyłem się 🙂

Ale trzeba biec dalej. Chwila pauzy na jedzonko – wpadła kanapka, kabanos, garść suszonych moreli i bananów. Lecimy dalej. Do celu zostało już wiele i niewiele. Zmęczenie w nogach powoli było odczuwalne, a mimo pojawiającego się Słońca temperatura powietrza wydawała się jeszcze niższa niż w nocy. Robiło się dość zimno. No nic, trzeba klepać dalej. Przed nami miejscowość Ujazd, w niej Żabka i wizja, że doładujemy sobie bidony ! Wpadliśmy tam gruuubo po zwyczajowym czasie otwierania sklepu, ale okazało się, że w związku z niedzielą bez handlu jest zwyczajnie nieczynne.


Przysiedliśmy zatem na chwilę na ławce, zjedliśmy trochę zapasów i za chwilę ruszyliśmy w dalszą drogę. Minęliśmy niewielkie wsie i znowu wbiegliśmy do lasu. Niemal wpadliśmy na rodzinkę saren i jelenia z wielkim porożem ! Oj tak, było naprawdę okazałe 🙂 Wyglądali na bardziej zdziwionych od nas 😀

W okolicach 50-tego kilometra postanowiliśmy  dać chwilę odpoczynku nogom. Położyliśmy się w liściach z nogami na drzewie. Na wszelki wypadek nastawiliśmy budzik. Przydał się, obudził nas 15 minut później. Orzeźwieni psychicznie ruszyliśmy w dalszą drogę. Michał trochę zregenerował nogi, ale moje niestety nie są tak doświadczone jak Jego i lekko się buntowały. Bolały czwórki, pojawił się ból w miednicy.

Wytyczona trasa momentami również odbiegała od ideału. Wyznaczenie jej idealnie jest niemal niemożliwe, więc bywały momenty, że szliśmy brzegiem pola, gdzie trawa i piach nie dawały złapać oddechu, po to, by za chwilę przecinać las zaczepiając o gałęzie i poszukując drogi, która według mapy tam była. Na horyzoncie powoli pojawiał się cel – wysoko nad nami, blisko, a jednocześnie daleko.

Ta górka na środku, to właśnie nasz cel widziany z około 1o km 🙂

Tempo zdecydowanie spadło, rozmowy straciły na dynamice, ale nie poddawaliśmy się. Michał doświadczony już w takich bojach mocno dbał o to, żeby moja psychika była na dobrym poziomie. W ten oto sposób marszobiegiem pokonywaliśmy mozolnie kolejne kilometry. Pojawił się telefon od Dziewczyn, że już czekają – była nowa moc !

Ostatnie 5 km – dość stromo, już tylko 3 km i najgorsze podejście. Droga krzyżowa z tyłu Sanktuarium. Po takim dystansie myślałem, że bardziej stromo już być nie może. Wdrapywaliśmy się noga za nogą, potem były schody, dla mnie już dużo schodów !

Pokonaliśmy je i byliśmy zwycięzcami ! Zrobiliśmy to w niewiele ponad 11 godzin, z czego w ruchu byliśmy ponad 10 🙂 Wpadło 65 km !

Od tego momentu było już tylko lepiej. Na miejscu czekały na nas niezastąpione Aga i Ania, które zadbały, żebyśmy mieli się co pić. Potem dociągnęły nas do samochodu, pomogły się przebrać i ogarnąć. Dalej było sielsko i anielsko – obiad, lody, kawa 🙂 No i nasze piękne, niepowtarzalne medale !

 

To była mocna lekcja słuchania własnego organizmu. Nauczyłem się wiele o sobie, swoim ciele, wytrzymałości. Udowodniliśmy sobie z Michałem, że możemy liczyć na siebie w każdej sytuacji !

Lepszego poranka nie mogłem sobie wyobrazić !

Dziękuję Wam ! Jesteście najlepsi !

 

Polecane posty

Zostaw komentarz