Wielka Racza – bo długa trasa brzmi lepiej

Długa i trudna wędrówka oczyszcza ciało i umysł. Żadna trasa nie będzie Ci straszna jeżeli jest ekipa ludzi, którzy Cię szanują i czują pasję całym sobą – wtedy masz idealny wypad.

Na samym początku wyjaśnię Wam pewną kwestię. Nigdy nie wychodzę w góry nocą sam i tak samo było również i w tym przypadku. Jednak nie lubię źle mówić o ludziach, więc pominę kwestię ekipy z którą przyszło mi spędzić 22 h.

Wracając do samej wyprawy – plan zakładał trasę od Zwardonia (parking pod kościołem) do Wielkiej Raczy i tą samą trasą do samochodu. Według tracka wgranego do zegarka niecałe 30 km – czyli w zimę i do tego nocą dość ambitny plan.

Pierwszy krok na szlaku postawiliśmy około 24, więc wszystko zgodnie z planem. Trasa dość słabo oznaczona i mało wychodzona – widać, że coś popadało. Ciężko było trafić w czerwony szlak, który miał prowadzić nas do wschodu Słońca na szczycie. Kawałek od startu trafiliśmy pod Chatkę Skalankę, gdzie mieliśmy lekki problem ze znalezieniem skrętu. Na szczęście na ganku była ekipa, która chętnie nas pokierowała, chociaż mocno zdziwieni, że wybieramy się nocą próbowali namówić nas na wspólną biesiadę przy napojach mocniej wyskokowych.

Chatka Skalanka

Trasa nie jest zabójczo widokowa  zwłaszcza nocą. Od samego początku wędrówki niepokoił fakt, że cały czas idziemy częściej w dół niż w górę. Nie zapowiadało to niczego dobrego. Zapowiadała się kumulacja i mega podejście na sam koniec wędrówki, kiedy będziemy już dość mocno zmęczeni.

Nocne stwory

Temperatura na trasie sięgała -12 stopni, niebo było praktycznie idealnie czyste, a to zapowiadało pozytywne zwieńczenie wędrówki w postaci czystego widoku na piękne, wschodzące Słońce.

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na chwilę odpoczynku, a że podążałem całą drogę jakieś 100 metrów przed współtowarzyszami wędrówki miałem czas na podziwianie nieba w ciszy i w spokoju.

 

Już dawno nie widziałem tylu gwiazd, ba nawet nie miałem pojęcia, że tak mocno może być je widać,  Do tego ta idealna cisza dająca ukojenie dla myśli po całym tygodniu w pracy. Mówię Wam ! Coś niesamowitego.

Niestety nie zabrałem ze sobą aparatu, a telefon nie da rady uchwycić takich widoków 🙂

 

Oznaczenie trasy dalej nie było zbyt dokładne. Szlak Słowacki mieszał się z polskimi oznaczeniami i często nie pokrywał się ze śladem, który wgrałem do zegarka, ale było coraz łatwiej znaleźć właściwą drogę, tym bardziej, że im bliżej szlaków z Rycerki, tym szlak był bardziej wydeptany i droga stawała się podążaniem za śladami.

Tak sobie wędrowaliśmy, aż do momentu, kiedy moje przypuszczenia się ziściły. Uruchomiło się podejście, którego nie powstydziłby się dobry stok narciarski. Drepcząc krok za krokiem przez głowę wędrowały mi myśli i słowa, którymi wychwalałem moment, kiedy postanowiłem jechać. Opowiadałem sobie jak bardzo lubię wdrapywać się zimą na tak strome podejścia – no dobra, zwyczajnie rzucałem mięsem.

Kiedy w końcu dotarliśmy na szczyt była godzina 6 rano.

O tej godzinie z reguły powoli zbieram się do wstawania.

Był czas na chwilę odpoczynku w schronisku. Przebrałem spocone rzeczy, zjadłem małe conieco, przygotowałem zabawki na wschód Słońca i powędrowałem na górę, żeby zająć dobre miejsce na podeście widokowym i zainstalowaćc GoPro do zrobienia timelapsa.

Moje stanowisko do łapania wschodów

W tej konfiguracji przesiedziałem w mrozie prawie godzinę, łapiąc w tym czasie 2000 klatek + kilkanaście kadrów telefonem. Sporą część tego czasu byłem na szczycie zupełnie sam – to było piękne.  Spędziłem na górze  niesamowite chwile, spektakl światła i cienia odgrywa przede mną niesamowitą sztukę.  Jednak czas było uciekać na śniadanie, bo trochę wymarzłem 🙂

Czy to nie jest piękne ?

A tak właśnie wygląda efekt tego siedzenia i łapania klatek 🙂

Na śniadanie już tradycyjnie jajecznica, kawa, chwila na przygotowanie się do drogi i można było wędrować w dół. Jeszcze tylko szybka wizyta na szczycie, żeby sprawdzić jak wygląda w dzień i można było schodzić w dół.

Selfiak na szczycie musi być.

Droga powrotna zajęła nam ponad 5 h co dało nam 31 km w 11 h wędrówki. Wymarzły nam tyłki, nogi dość mocno się wymęczyły, ale mimo wszystko było fajnie. Byłem tam, gdzie uwielbiam być, robiłem to co kocham, a niewłaściwi ludzie wzmocnili mnie tylko psychicznie i nauczyli unikania cwaniaków i pozerów. 

Było pięknie ! Pozytywnie !

 

Polecane posty

Zostaw komentarz