Rysianka – góra z pazurem jak kot

Gdyby ktoś się zastanawiał skąd się wzięła ta nazwa, to chyba mam odpowiedź. Dzień wcześniej piękna pogoda, dzień później ładna pogoda, a kiedy zawitaliśmy tam o świcie … no właśnie …

Tym razem to nie był spontan – zaczynam już planować następną trasę schodząc z góry – zawsze niewiadomą jest kwestia z kim tym razem pojadę. Tak też było tym razem. Po udanym polowaniu na wschód na Babiej Górze postanowiłem wybrać się na Rysiankę. Pierwszy plan zakładał, że zaatakujemy od Żabnicy by następnie przez Halę Boraczą wrócić i zrobić fajną, 2o-to kilometrową pętelkę, ale poszedłem jednak za radą i ostrzeżeniem Kuby, że może być nie przetarte i plany uległy zmianie. Wycelowaliśmy w Złatnią Hutę i na parkingu niedaleko czarnego szlaku około godziny 2-giej nad ranem rozpoczęliśmy wędrówkę.

Tym razem pojechał ze mną Patryk zaprawiony w bojach górskich miłośnik fotografii i Michał – kompletny żółtodziób, który praktycznie nigdy nie był w górach, a na pewno nie zimą i to w środku nocy.

Idąc w ciemnościach doskonale poznajesz wszystkie detale butów tego przed Tobą 🙂

Żaden z nas nie znał trasy, więc już na starcie troszkę nie trafiliśmy w szlak. Zamiast ruszyć czarnym szlakiem, który później okazał się szeroką ścieżką, wpadliśmy w śnieg po kolana. Dokładnie po drugiej stronie rzeczki jest wejście, które przypomina trasę, ale nią nie jest. Cóż z tego, jeżeli nam się podoba i idziemy dalej 🙂 Na szczęście po chwili solidnego brodzenia w śniegu już się rozgrzaliśmy i trafiliśmy we właściwe miejsce. Obraliśmy na cel trasę przez Halę Lipowską.

Szło się dość znośnie, chociaż momentami stromo i męcząco. Czasu mieliśmy aż za dużo, humory dopisywały, więc urządziliśmy sobie zabawę w znajdowaniu ciekawych kształtów w przysypanych przez śnieg drzewkach. W ten oto sposób spotkaliśmy dziadka z babcią, smutnego ziomeczka, orła, ja nawet zauważyłem syrenę, ale tu się Chłopaki ze mną tak chętnie nie zgodzili.

Smutny ziomeczek, lub jak piszą niektórzy – strażnik góry

W schronisku na Lipowskiej byliśmy około 4 rano, więc solidnie za wcześnie – zakładając, że wschód Słońca planowany był na 7:24. Ruszyliśmy więc w stronę Rysianki z przystankami na tworzenie nocnych zdjęć. Kilka świetnych kadrów wyszło spod ręki Patryka, a ja miałem szansę przyjrzeć się i zapamiętać parę ciekawych trików.

Fot. Patryk

Koło 4:50 dotarliśmy do Schroniska na Rysiance. Zabunkrowaliśmy się w jadalni, pościągaliśmy nadmiar ubrań, każdy wybrał sobie ławeczkę i kontemplowaliśmy ciszę każdy w swoim towarzystwie.

Na spokojnie, w kąciku, z Yerbą

Dotrwaliśmy w ten sposób do samego wschodu Słońca, jednak warunki były tak kiepskie, że nie było widać kompletnie nic. Zjedliśmy więc śniadanie i ruszyliśmy w śnieżycę i wiatr. Tu by się w sumie historia mogła zakończyć, jednak stwierdziliśmy, że idziemy jeszcze lekko naokoło. Odbiliśmy lekko w bok szlakiem czerwonym, następnie na Trzy Kopce i idąc kawałek dalej żółtym szlakiem dobiliśmy do czarnego. Okazało się to świetnym pomysłem. Widoczność się poprawiła, nikt nie szedł przed nami tą trasą, więc widoki i ilość śniegu bardzo nas zadowalała. Spotkaliśmy nawet sarny, który wyglądały na zdziwione naszą obecnością. Było genialnie.

Wpadło ogółem 12 km dobrej trasy 😉 

Na koniec zostawiam Wam niewielką galerię 😉

Polecane posty

Zostaw komentarz