Babia Góra – mroźny wschód Słońca

Babia Góra, Diablak, Królowa Beskidów, zmienna, nieprzewidywalna – zupełnie jak kobieta. Możesz wdrapywać się na nią setki razy i nigdy się nie znudzisz, nigdy nie jest taka sama.

Ten wypad nie był do końca planowany. Wyszedł na zupełnym „spontanie”. Zobaczyłem fotki znajomego z zimowego wschodu Słońca i coś w środku głowy powiedziało mi, że ja też muszę tam jechać. Rzuciłem informację na Fejsbuku i 15 minut później już miałem kompana – Kuba bez chwili zawahania stwierdził, że jedziemy.To było w czwartek popołudniu, a w piątek w nocy mieliśmy już jechać – bo tylko wariaci są coś warci.

Relacja Kuby tutaj – https://drogamoimcelem.pl/wschod-slonca-na-babiej-gorze/

W piątek o 24 spakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w kierunku Przełęczy Krowiarki, aby stamtąd rozpocząć wędrówkę. Mgła była momentami tak okrutna, że 30 km/h to był maks na jaki można było sobie pozwolić, ale wyjechaliśmy wcześniej, więc mieliśmy spory zapas – bez obaw, nikt nas nie goni, a na szlaku będzie co ma być, liczy się wyprawa !

Około godziny 3 rano spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na szlak z parkingu na Przełęczy. Na dole termometr wskazywał -9 stopni, więc było dość rześko. Zapowiadało się pięknie – cudownie czyste niebo, ogromny, niczym nie przesłonięty Księżyc – praktycznie mogliśmy wyłączyć czołówki.

W nocy na szlaku w lesie podziwiasz buty tego przed Tobą

Szlak był przetarty, szło się dość sprawnie, momentami ślisko, czasem człowiek zapadał się w głębszym śniegu, ale nie było tragedii – nawet raczki nie były potrzebne. Robiło się coraz zimniej, ale widoki nam to wszystko rekompensowały. Zimno i zmęczenie momentami płatały nam figle sugerując słyszenie czegoś, czego nie było – dałbym głowę, że z oddali dochodziły śpiewy ptaków.

Na szczycie byliśmy koło 5:30 rano, a wschód planowany był na 7:16, więc czasu trochę zostało. Zastaliśmy u góry trzy niewielkie namioty, przywitaliśmy się i za namową Kuby zeszliśmy 500 m niżej w stronę Słowacji do niewielkiej chatki, gdzie osłonięci od wiatru mogliśmy spokojnie przeczekać. Termometr pokazywał -20, odczuwalna była na poziomie -25 – zamarzały mi włosy w nosie.

Chatka chroniła nas przed wiatrem.

Była chwila na zabawę aparatami i dłuższe naświetlanie okolicy – oj, jak żałowałem tego, że statyw został w domu.

Słowacja powoli budziła się ze snu.

Zanim się spostrzegliśmy już zbliżała się pora wydarzenia dla którego nie spaliśmy już kawałek czasu. Najwyższa pora była wdrapać się na górę, żeby uchwycić piękny moment pobudki Słońca. Na szczycie czekało już na nas kilka osób, więc było raźniej. Słońce było kapryśne i nie chciało wstać od razu, ale kiedy już się podniosło … to trzeba przeżyć, nawet najlepsze zdjęcia tego nie oddadzą.

Te dwa lodowe sople to my !
Tego widoku nie da się opisać słowami.
Góra i śnieg zlewała się z chmurami.

Było tak zimno, że odmarzały nam paluchy u rąk i nóg. Temperatura była tak niska, że ani aparaty, ani telefony nie chciały z nami współpracować i dość szybko pokazały, że one chcą już odpoczywać. Złapaliśmy tyle ile się dało i w blasku porannego Słońca udaliśmy się w dół.

Tego co widzieliśmy, czuliśmy, przeżyliśmy nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć. Żeby zrozumieć sens nieprzespanej, męczącej nocy trzeba to poczuć.

 

Polecane posty

Zostaw komentarz